sobota, 24 lutego 2018

taka jestem...

Podobno długoterminowa perspektywa przynosi nadzieję. A jeśli ktoś tak, jak ja ma tylko krótkoterminową?

Zwykle, bo w sumie nie teraz. Teraz staje na rzęsach i Wszechświat też w sumie wstaje, żeby powiedzieć, że wartość mam. Całkiem niemałą. Teraz jak Polska z kolan podnoszę się, czy jakoś tak.

A tak naprawdę żyję sobie jak chcę, stawiam warunki takie jak chcę. Mam do tego prawo. Mogę powiedzieć, nie nie, nie będzie mnie, teraz w tej chwili wstaję i odchodzę i słyszę, że... ale jak to?

Ilekroć w życiu odchodziłam słyszałam, no ale jak to? Tak po prostu wstajesz i odchodzisz, bez słowa zostawiasz mnie? A z drugiej strony, gdy ktoś zostawiał mnie, zawsze mówiłam, idź, idź, ok. Jak to ok? No idź, nie dzieje się nic, jest OKEY.

Po prostu wszystko jest kwestią perspektywy. A ja się cenię. Podobno nie ma ludzi niezastąpionych, no ale ja, cóż. Właśnie taka jestem.

niedziela, 18 lutego 2018

czas w końcu na zmiany...

Wzięłam i się zawzięłam. Schudłam już cztery kilo. Dobra nasza, to znaczy moja i dobra nasza mojej wagi, ostatnio. No, nie wyrzucę z domu jej. No bo to tak jest. Jak blondynka idzie na wojnę, to idzie raz a porządnie.

Z pełnym orężem. W bojowym rynsztunku i nikt nie zatrzyma mnie, o nie. W końcu nie na darmo zwą mnie rycerynką. Nie po to nie raz przywdziewałam zbroję, by bać się do boju stawać. Kiedykolwiek i o cokolwiek, na czymkolwiek jakkolwiek zależało mi.

Dlatego idę na wojnę, bo nie wyobrażam sobie, że nie rozwijam się. Że stoję w miejscu i czekam, aż jak czerwony dywan potraktuję mnie. Rozwiną przed wejściem. Podepczą mnie. Przepuszczą przeze mnie tabuny wygłodniałych celebrytów, dla których przypadkowo nikim ważnym nie jestem.

Stand up, baby, mówię sobie, nie musisz czołgać się. Como decirlo? You're the one, the best of the best and you have to live. Musisz iść naprzeciwko, przez kolejny mur przebijać się.

Klamka zapadła. I drżyjcie narody, bo nie dość, że schudłam to z kolan podniosłam się. Czyli, oesu, o rany, czas w końcu na zmiany. Nic nowego, nie?


czwartek, 8 lutego 2018

ja już naprawdę...

Przeszłam samą siebie. Przeszłam, chociaż nie zaszłam, a kiedy ostatnio zaszłam i zanim doszłam, do ostatniego dnia ciąży doszłam, ważyłam sześćdziesiąt dwa. 

W tym wody płodowe to były dwa, Zu prawie trzy, a reszta - kto to wie, to nie było nic. Nic tak strasznego, co by ze mnie nie wyparowało w trzy dni. A teraz ważę... uwaga! ile? sześćdziesiąt trzy!

Nie należę do chomików, nie zbieram niczego, żadnych naklejek, wazoników, figurek porcelanowych, książek, facetów ani numerów telefonów. A nazbierałam kilogramy. Taka jestem. Wyuzdana w tym.

Oczywiście, że nie wyglądam, powiedzieli mi, że najwyżej na trzydzieści sześć. Taaaa, może jakbym przestała jeść. Może jakbym zaczęła się energią słoneczną czy kosmiczną żywić. Ja już naprawdę przestaję swój metabolizm trybić. Nie jem, jest źle. Jem... jest jeszcze gorzej. 

Widziałam się z Chodakowską dzisiaj. I muszę się z nią zobaczyć jutro. O borze...


poniedziałek, 29 stycznia 2018

nie wypada...

Koncert na tysiąc głosów w mojej głowie gra. Tak jest zawsze, kiedy się to zbliża. Kolejna realizacja. Kolejna odhaczona pozycja na mojej wiecznie nowej checkliście.

Ale ja się uczę. Zachowuję spokój. Powstrzymuję zgryźliwości, złośliwości i wszystkie niecenzuralne słowa, które przy okazji mi się do tego zwykle przepełnionego umysłu cisną.

A więc zalegliśmy sobie z mężczyzną z efektem "wow!" w kuchni i zwyczajnie, na luzie, walczymy. On rozpisuje harpagany na kolejne godziny czy tam zdobywa ten czy inny świat. Lub wszechświat. Ja kupuję buty. Nie żeby osiemnastą czy dwusetną parę, no może, ale takich jeszcze nie miałam. Naprawdę.

No czasem muszę. Niby wiem, że to przesada. Że czysty konsumpcjonizm. Że za te pieniądze zwiedziłabym świat. Albo przynajmniej Radom.

Ale się zakochałam. A miłości powstrzymywać, cóż, no nie wypada.

niedziela, 21 stycznia 2018

bo chcę...

Całe życie się przed stolicą wzbraniałam. Że niby pieniądze tu są, to ok, no nie ma sprawy, ale żeby mieszkać? Kiedyś u Kropki tydzień na Saskiej Kępie spędziłam, no ale.

To był taki tydzień, że do dziś pamiętam, że mężczyzna z efektem "wow!" mi piosenkę zadedykował. A ja, ja jej ciągle słuchałam. Nie balowałam, ze znajomymi się nie spotykałam, nie spałam, nie jadłam i tylko o nim myślałam.

Ale to były czasy. Nie znaczy, że teraz są gorsze, o nie. Im dłużej żyję, tym mi na tym świecie lepiej. Tak w ogóle. Nie, że w szczególe i każdego dnia, ale generalnie. Szczęśliwsza ja. Spokojniejsza. Chyba.

Chociaż czasem się gotuję. Do walki, do stawania okoniem, do wiecznej zabawy. To na przykład wtedy, kiedy w blond długich włosach, w czarnym mercedesie i w futrze, niczym kobieta mafii, którą niedawno u Vegi zagrałam. Niczym ona zbieram się.

By wziąć życie za rogi. By na następnych światłach zostawić za sobą czarną beemkę z ośmiocylindrowym silnikiem gdzieś w tle. Bo mogę, bo umiem, bo chcę. Mercedesem.

piątek, 19 stycznia 2018

każde przeciw i każde za...

Wiesz już mój drogi czytelniku, że po burzy zawsze przychodzi cisza, a po deszczu przychodzi śnieg. Że u mnie nic nie jest na stałe, wszystko jest zmienne, a stagnacja to tylko puste słowo.

Uwielbiam więc zaczynać na nowo. Gdzieś w sobie ważę przez odpowiedni czas każde przeciw i każde za. Czasem trwa to sześć miesięcy, czasem rok, zazwyczaj jednak krótszy czas. Jakieś osiem. Sekund.

Nie zwykłam rzucać słów na wiatr, nie zwykłam niczego udawać, więc oficjalnie ogłaszam, jestem do wzięcia od zaraz. Od razu uprzedzam, nie szukam księcia. I nie konia. Ma być stały w uczuciach ten ktoś i nie dramatyzować. Nie czarnowidzieć i nie molestować. Ja dla niego i tak stanę na rzęsach.

Poproszę na początek wiadro szacunku oraz garstkę zaufania, ogromną ilość przestrzeni wokół siebie i swobodę w słowach do tego wszystkiego wyrażania.

Takie tam, wiesz, patrz, ja już Ciebie wymarzyłam sobie. Jeśli Ty zakochasz się we mnie, to może ja też zakocham się w Tobie.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

bywa inna...

Angielskiego się uczyć skończyłam, pranie rozwiesiłam, jedno piwo otworzyłam. I tylko obiadu nie zrobiłam.

Według niektórych kryteriów niezbyt dobra żona ze mnie, ale nigdy do bycia dobrą żoną nie pretendowałam. Nigdy nie umiałam, nie chciałam, w sumie nawet nigdy się nie dowiedziałam, czym się dobra żona charakteryzuje.

List od Catherine Denevue przeczytałam. Feministka ze mnie pełną gębą, tego nie da się ukryć, choćbym chciała. Ale mnie Catherine nie zdenerwowała. Trzeba mieć na wszystko co najmniej dwa spojrzenia i najlepiej trzy zdania.

Każdą rozpatrywaną przez nas kwestię powinniśmy obejrzeć z trzech stron. Moneta ma nie tylko awers i rewers, ma także zapętlony, okrągły bok. Dlatego wciąż mnie dziwi i denerwuje wydawanie osądów na podstawie relacji jednej ze stron.

Co powiedziała ona, co powiedział on? Może nie powinniśmy ludziom nadawać mocy, by rozumieli tylko to, co sami rozumieć chcą? Bo rzeczywistość bywa inna.